Strażnicy Galaktyki: Coraz bliżej święta

Disneyowi spodobał się potencjał “specjalnych prezentacji” i tak “odcinek specjalny” Strażników Galaktyki zyskał nową metkę, która włożyła go do jednego worka z “Wilkołakiem nocą”. Między obiema produkcjami nie ma absolutnie żadnego powiązania, poza formą wydanie, co dało mi okazje to zaznajomienia się już w dniu premiera na własnym telewizorze w domowym zaciszu. 

Zalążek fabularny jest niezwykle prosty, zbliża się czas świąt w świecie Marvela, co jest okazją do wspomnień, jak i podjęcia działań w sprawach, które odwlekamy. Kilkukrotnie uświadczyłem tutaj animacji, która obarczono opowiedzenie wspomnień z czasów młodości Petera, który podróżował wraz z Yondu i jego ekipą. W teorii miała to być dla niego szkoła ciężkiego życia, pozwolił sobie jednak na przeżywanie radości z ziemskiego świątecznego życia, co nie spodobało się kapitanowi. Zaraz po tym zostałem przeniesiony na Knowhere, gdzie trwają wielkie porządki, po zakupie miejscówki od Kolekcjonera. Obserwująca krzątaninę Mantis wraz z Draxem wpadają na iście szatański pomysł, który ma uszczęśliwić Star Lorda, cierpiącego po stracie Gamory. Chcą podarować mu największego ziemskiego bohatera wedle smutnego członka ekipy, czyli Kevina Bacona. 

W teorii wszytko wygląda jak wprowadzenie do zakręconej i pełnej specyficznego humoru Jamesa Gunna zabawy, lecz do końca tak nie jest. Pierwszą rzeczą, która popsuła mi radość, były liczne piosenki śpiewane w trakcie trwania odcinka, m.in. przez zespół “Old ‘97s”. Były one po prostu ok, bez zbędnego zachwytu, jednak nadwały niebezpieczny musicalowy sznyt całości, a tego gatunku filmowego po prostu nie lubię. Cieszę się z ciekawej zawartości muzycznej plumkającej w tle, to zawsze była cecha tej serii i lubię ją. Jednak wplecenie zespołu jako kosmitów, grających więcej niż jeden raz, uważam za nietrafiony pomysł. 

Osią odcinka są perypetie Mantis i Draxa, którzy sprawdzili się jako cudowny comic relief w “Strażnikach”, a tutaj dano im więcej czasu antenowego, co zadziało niestety na minus. Coś, co jest dobrym żartem na pewien czas, niekoniecznie sprowadzi się jako komedia o przedłużonym czasie trwania. Moja pierwotna opinia legła w gruzach, gdy Pom Klementieff po raz wtóry wydarła się na Dave’a Bautistę, równie poirytowana sytuacją, jak ja, jako widz. Na duży plus w całości, ich pierwszy etap wycieczki na Ziemi, który był wprost idealny, a potem poszło już prostą pochyłą w dół.

Sam motyw z Kevinem Baconem został przedstawiony dobrze, jako typowy występ gościnny, który uświetnił całość występu na miarę specjalnego odcinka. Nie mam tu nic absolutnie do zarzucenia, występ gościa jest taki, jak zazwyczaj bywa, wniósł dużo radości i nostalgii do tej patchworkowej rodziny dziwaków z Peteram na czele, a wszytko polane świątecznym sosem nostalgii. 

Za największy plus odcinka uważam wszystko to, co zostało przygotowane w minimalnej ilości, a przyciągało mnie jak magnes przed telewizor. Zaczynając od kolejnego występu Yondu, który jest zawsze mile widziany, po pełnoprawny debiut Cosmo, który nareszcie przemówił ludzkim głosem. Cieszy nowy układ sił po “Avengers: Koniec gry” i “Thorze: Miłość i grom”, przygotowujący na pełnometrażową przygodę z dużym występem Kraglina, który zapewne będzie robił za zastępcę swojego byłego szefa. Podsumowując krótko, lekko zirytowany muzycznymi występami i krzykami Mantis, czekam na więcej, Gunnie szkoda, że teraz masz pod opieką DC, a nie MCU. 

Opublikowane przez Mikołaj

Komiksoholik z ADHD 🙃

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: