Batman Knightfall: Upadek Mrocznego Rycerza. Tom 2

Pierwszy tom Knightfalla nasycił mnie na tyle, iż nie miałem jakoś specjalnie ochoty rzucić się od razu na kontynuacje. Może jest to też spowodowane kolekcją “Bohaterowie i Złoczyńcy DC”, która oferuje mi dokładnie to, czego oczekuję po dobrze przygotowanym komiksie, który ukoi moje kadrowe pragnienia. A może to kwestia dużej liczby komiksów ze stajni DC w naszym kraju. Tak czy siak, w końcu mam “ten ważny komiks” go za sobą. 

Kolejna cegiełka wylądowała mi w rękach, pochłaniam ją na kilka podejść, nie powiem, że miałem jakiś wstręt do czytania drugiego zbioru przygód upadającego Batmana, lecz zaczęło pojawiać się momentami kilka aspektów zachęcających do odłożenia czytadła na bok. Nie muszę chyba mówić, że zebranie na tych prawie 600 stronach tak dużej ilości, ciągłej historii ma swoje mankamenty. Są nimi oczywiście mielizny fabularne wynikające z kolejnych tabunów przeciwników, którzy uciekli z Arkham Asylum, muszą zostać pokonane na drodze do najważniejszego, kultowego już wydarzenia – złamania kręgosłupa Batmana. Od samej okładki, która już na dzień dobry spoiluje nowicjuszom fabułę, wszystko zmierza tylko do jednego, a reszta jest tak naprawdę nieważna. Dzieje się to na wprost uwielbianym panelu, na stronie 271 w tym tomie i zapowiedziało mi znaczne zmiany w układzie sił w Gotham, lecz i niestety ciągłe odhaczanie kolejnych kluczowym przeciwników. No szkoda, że jedynym wyjątkiem w ciągłości narracyjnej było wspomnienie o Dwóch Twarzach w dwóch zeszytach serii “Showcase”, które wytrąciło mnie na chwile z lektury, a w szczególności już na poziomie rysunków. 

Jeśli chodzi o samą fabułę to oprócz wspomnianych utarczek z typowymi bat-złolami, złamaniem kręgosłupa, dochodzą tu jeszcze kwestie związane z Jean-Paulem, uzdrowieniem jego umysłu, gotowością do bycia obrońca miasta. Po fatalnych nie tylko w kwestii fizycznej konsekwencjach starcia Bruce’a z Banem, przejmuje on rolę Mrocznego Rycerza. W praniu okazuje się, że jego metody są podobne, aczkolwiek ich wykonanie zgoła odmienne. A wszytko to zmierza do 500-tego zeszytu serii “Batman”, który w swojej powiększonej objętości oferuje kolejne duże starcie ze zamaskowanym przeciwnikiem połykającym Venom jak dropsy. Po drodze było jeszcze parę innych wydarzeń, z których warto wymienić rodzącą się nieufność Tima do byłego członka zakonu Świętego Dumasa. Co będzie dalej? Okaże się w kolejnych opasłych tomach, których zostało jeszcze trzy. Tymczasem ja pozostaję tylko delikatnie podekscytowany, gdyż kompletność wcale nie oznacza dobrej zabawy, a jedynie znajomość każdego najmniejszego detalu, który niekoniecznie chciałbym mieć na uwadze. Na stronę plusów muszę przypisać oba pojedynki z Banem oraz to, co dzieje się wokół Jean-Paula, po którym nie wiadomo, czego się spodziewać. A takie wprawki fabularne są najciekawsze, gdyż reszta to jakby nie było tylko kalki fabularne z wielu innych opowieści, lekko zmienione przez lepiej już gorzej pewną rękę scenarzysty. W tym wszystkim trzeba przyznać, że Doug Moench i Chuck Dixon panują nad spójnością całości, co nie robi w kwestii scenariusza zbędnych dziur i nielogicznych wyskoków z kapelusza. Czyta się to równie gładko, jak wydawane obecnie serie przez Story House Egmont, chociaż można spierać się o poziom, ale regularne wydawane zeszyty już tak mają. 

Rysunkowo to ponownie brak spójności, a jakże! 5 różnych serii i grono artystów pracujących nad nimi robi swoje. Najlepiej czułem się tak jak poprzednio, pomiędzy zeszytami rysowanymi przez Norma Breyfogle’a, Jima Balenta, Jima Aparao oraz Grahama Nolana, którzy mają w miarę podobny styl rysunkowi, co przy brnięciu przez kilkanaście zeszytów „Batmana” i „Detective Comics” ulega zlaniu. Styl Lat 90-tych jest tu ukazany w pełni, mięśnie na mięśniu rządzą tu mocno, kto lubi tę stylówkę, będzie w raju. Mnie po prostu nie przeszkadza, to znak minionej epoki i tyle. Najbardziej odstaje tu Klaus Janson, który ilustrował opowieść o Dwóch Twarzach, zestarzał się najgorzej i najciemniej. Do kolorów Adrienne Roy nie sposób się przyczepić, są po prostu dobrze nałożone na miarę epoki, chciałbym teraz widzieć je częściej w seriach z tamtym lat, we wykonaniu innych artystów. Tak powinni wyglądać wszystkie zbiory, co do formy wydania nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. 

TECHNIKALIA:

Scenarzysta: Chuck Dixon, Doug Moench, Alan Grant

Ilustrator: Graham Nolan, Jim Aparo, Norm Breyfogle

Tłumacz: Tomasz Sidorkiewicz

Typ oprawy: twarda

Wydawca: Egmont

EAN: 9788328154186

Liczba stron: 588

Wymiary: 17.0×26.0cm

Data premiery: 27.07.2022 roku. 

Opublikowane przez Mikołaj

Komiksoholik z ADHD 🙃

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: