Mecenas She-Hulk. Sezon 1. Odcinek 8

No dobra, pomyliłem się w swoich przewidywaniach, Daredevil pokazał się przed finałem. A co wniosła jego obecność? Odcinek stricte komiksowy, gdzie widać, że świat Marvela skład się z wielu superbohaterów, rozsianych po USA. Plus cały czas ten niezwykły luz i dystans twórców do tworzonej przez siebie opowieści. 

A całość zaczyna się dość typowo od kolejne sprawy, która ma zająć się She-Hulk w ramach swojej pracy w kancelarii GLK&H. Klien to oczywiście ktoś ze światka peleryniarzy – Leap Frog, który chce pozwać ekscentrycznego krawca, Luke’a Jacobsona, za sprzedaż wadliwego kostiumu, przez który oparzył sobie żabie udka, ekhm nogi. Ja się domyślanie, Like tanio dobrze szytej skóry nie sprzeda, zamiast do ugody, dochodzi do procesu, podczas którego pojawia się ON! Tak, niczym książę wiedziony za pomocą białej laski, wkracza na salę Matt Murdock, która ma broki oskarżonego krawca. I tu się zaczyna dziać coś, na co po cichu liczyłem. Pomiędzy Jen, a Mattem zaiskrzyło tak, że mogło to skończyć się tylko w jeden jedyny sposób. No i Leap Frog przegrał, bo jego szare komórki mózgowe występują tak gdzieś jedna na staw.

Jakby już mi brakowało ciekawych porównać, okazuje się, że do She-Hulk lgną sami dziwni faceci, niczym muchy do lepa, wróciła randka z fetyszem do zielonoskórych Pań. Miał być klient, okazało się, że coś innego wisiało w powietrzu, bynajmniej nie interesująca sprawa. Na szczęście telefon od Pana Żabki, który wpakował się w kłopoty zwane na świecie jako połączenie uniwersalnych przypraw, musztardy i ketchupu, czyli Daredevil w nowym stroju. Po naprawdę ciekawej walce, gdzie gruz sypie się jak śnieg na Kamczatce, Jen poznaje tożsamość wizytującego superbohatera i jakoś dochodzi do zawarcia team-upa, który razem rozwala bardzo, ale to bardzo niewidoczne siedlisko żaby i jej kijanek. Dlaczego? Bo Leap Frog okazuje się mieć szarą komórkę na dwa stawy, porywa krawca bohaterów i wymyśla nowy strój, według własnego projektu, ale szyty pod przymusem. Całość zajścia kończy się dobrze, powrotem Jen w łaski Luke’a, który niczym rasowa bjacz, przyjmuje ją ponownie do grona klientów.

Jeśli myślicie, że to koniec atrakcji, to się mylicie. Chemia wybucha, Jen i Matt kończą w łóżku, a ten drugi zalicza pochód wstydu w gołych stopach, co widzi Nikki idąca po koleżankę z przypomnieniem o gali rozdania nagród dla najlepszej adwokatki. A na samej gali dochodzi do czego, co również mnie zaskoczyło, okazało się, że Jen jednak nie panuje nad sobą, gdy Intelligencia puszcza kompromitujący film, ta wpada w szał. Ale taki, których wszystkich przeraża i zapowiada ciąg dalszy w finale! 

I pewnie będzie to najlepszy odcinek dla wielu, gdzie występuje kolejny gość, a każdy ma gdzieś Jen. A ja nie, gdyż to jest serial o niej, sticom, o dziewczynie, która żyje radośnie, ma swoje problem i radości. Na swoje szczęście lub nieszczęście, została wplątana w świat, którego nie chce, nie chce przechodzić tych wszystkich etapów wewnętrznej udręki, chce po prostu żyć. Jak to wychodzi? “Czasem słońce, czasem deszcz” włączając tytuł bollywoodzkiego filmu w dyskusję, podoba mi się, bawię się dobrze, z luzem, z dystansem, bez spiny. Tak mają twórcy, tam zalecam wszystkim. A jak nie? Miłej kuracji po zaciskaniu zwieraczy, świat ma więcej problemów, nie musicie oglądać tego serialu. Naprawdę!

PS Czytam ostatnio Daredevila Marka Waida, zdaje się, że ten obraz Matta jest chyba najlepszą definicją bohatera tego odcinka. Radosny, czerpiący z życia, robiący to, do czego został stworzony. Podobnie jak She-Hulk Byrne’a. 

Opublikowane przez Mikołaj

Komiksoholik z ADHD 🙃

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: