Hej, Djo!

Hej, Djo!

Marzena Sowa to polska autorka, która mieszka na stałe we Francji, w prowincji Szampania. Fani opowieści obrazkowych mogą kojarzyć Sowę z cyklu o Marzi, czyli autobiograficznej opowieści rozgrywającej się w latach 80. XX wieku. W Hej, Djo! scenarzystka po raz kolejny sięga po bohatera w młodym wieku. Chłopak zostaje podstępem zmuszony przez matkę do spędzenia wakacji z ojcem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo wielu z nas spędza czas z rodzicami, gdyby nie to, że Djo będzie towarzyszył ojcu w trakcie pracy, która polega na przewożeniu towarów ciężarówką. „Mobilki, mobilki, jak mnie słychać?” Czy to Wam nie pachnie tragedią? 

Nic bardziej mylnego! Od razu Was uspokoję – na łamach Hej, Djo! nie dochodzi do żadnej fatalnej w skutkach katastrofy. Ten komiks to rasowa opowieść drogi i jest na to kilka dowodów. Po pierwsze podczas podróży wiecznie nieobecny ojciec odbudowuje (a raczej dopiero tworzy) więź ze swoim synem. Nie jest to łatwy proces, ponieważ obaj mają swoje nawyki i przekonania, a ich interakcje często okazują się rozczarowujące. Ich relacja jest jak trasy, które przemierzają, czasem nudne, czasem pojawiają się wyboje, a niekiedy trzeba mocno się nakombinować, aby poruszyć się chociaż o milimetr. Po drugie Djo przeżywa w komiksie swoją pierwszą wielką miłość, co może być z jednej strony kontrowersyjne, bo zakochuje się w dziewczynie uprawiającej najstarszy zawód świata. Uczucie chłopca jest czyste i niewinne, wręcz idealizuje obiekt swoich uczuć. Ta inicjacja to niezwykły pik emocjonalny, który może dać wielu z Was okazję do przypomnienia sobie własnych młodzieńczych uniesień. Co więcej, w Hej, Djo! mamy do czynienia z wiernym obrazem kierowców, którzy tworzą małą społeczność osób spotykających się co pewien czas, by wspólnie spędzić niezapomniane chwile. Czytelnicy bez problemu powinni rozpoznać sytuacje, które często są przedmiotem opowieści kierowców tirów. 

Już sama okładka zdradza czytelnikowi, jakiego stylu rysunków możemy spodziewać się w środku. Geoffrey Delinte to belgijski artysta tworzący w kreskówkowym stylu, często widzianym w magazynie „Spirou”, dla którego artysta pracował. Delikatna kreska połączona z minimalną liczbą detali daje nieco eteryczny, a nawet oniryczny klimat. Idealnie pasuje to do kipiącej emocjami historii, dodatkowo podgrzanej przez zmieniający się klimat zachodniej Europy. Jasne, piaskowe kolory świetnie obrazują upalne lato, które dla wielu może okazać się nieznośne. 

Kiedy brałem do ręki Hej, Djo!, nie miałem absolutnie żadnych oczekiwań – zapowiedziana opowieść jawiła mi się jako kolejna historia o dorastaniu. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Marzena Sowa potrafi w przejmujący sposób opowiedzieć o drzemiących w ojcu i jego dziecku emocjach. Ich wspólny czas to odkrywanie siebie nawzajem, a także samych siebie. To silne emocje, które jednakowo dają posmakować nieba, jak i sprowadzają do parteru. Bohaterowie to przykład ludzi z krwi i kości, jakich spotykamy na co dzień, i mają nam do opowiedzenia swoje historie, jak na przykład podarowanie niekoniecznie chcianych rad. Hej, Djo! to też przyjemna w odbiorze warstwa graficzna, która dopełnia całości poprzez swoją delikatność i uniwersalne zabiegi artystyczne.

TECHNIKALIA:

Scenarzysta: Marzena Sowa

Ilustrator: Geoffrey Delinte

Tłumacz: Ernest Kacperski

Typ oprawy: twarda

Wymiary: 21.6 x 28.5 cm

Data premiery: 24 września 2025 roku

Wydawca: Story House Egmont 

EAN: 9788328178007

Liczba stron: 168 

Dziękuję wydawnictwu Story House Egmont za udostępnienie komiksu do recenzji. Jego przekazanie nie miało wpływu na moją opinię. 

Opublikowane przez Mikołaj

Komiksoholik z ADHD 🙃

Jedna odpowiedź na “Hej, Djo!”

Dodaj komentarz