Wielu czytelników przed zakupieniem komiksów kieruje się między innymi zestawieniami najlepiej ocenianych pozycji, czy listami nagród, które dana opowieść obrazkowa otrzymała. Mamy ulubionych recenzentów, jury, twórców, ufamy im, co pomaga nam podjąć decyzję, na co przeznaczymy zarobione pieniądze. Dużo osób wskaże Franka Millera jako jednego z najbardziej uznanych amerykańskich twórców, a jego 300, Sin City, Powrót Mrocznego Rycerza określi jako obowiązkowe lektury. Dzięki Wydawnictwu Story House Egmont mamy okazję zapoznać się z Roninem, dziełem, które sprawiło, że kariera Millera nabrała rozpędu na początku lat 80-tych XX wieku. Postanowiłem sięgnąć po Ronina w nadziei na podobne wrażenia, jak przy jego najgłośniejszych tytułach.

W Roninie poznajemy historię młodego samuraja, który żyje w czasach feudalnej Japonii. Jego pan zostaje zabity przez demona Agata, a wojownik przysięga monstrum zemstę. Następnie przenosimy się do przyszłości niedalekiej od czasów współczesnych, gdzie ogromna korporacja pragnie wypuścić na rynek nową technologię, mogącą przyczynić się do śmierci wielu osób. Aby tak się nie stało, dwójka osób, niepełnosprawny telepata i szefowa ochrony, sprzeciwiają się niecnym planom organizacji. Trójka wymienionych przeze mnie pozornie niezwiązanych ze sobą osób łączy się, aby pokonać tajemniczego przeciwnika.

Powyższy opis sugeruje niezwykłą mieszankę kulturową Wschodu i Zachodu. Honorowy Japończyk z przeszłości, porywczy Amerykanie i zła korporacja, to dość typowe elementy fabuły, mogące stać się zarzewiem ciekawej opowieści w ręku tak dobrego scenarzysty. Frank Miller powoli odkrywa niuanse swojej opowieści, prowadząc w Roninie jednocześnie dwie linie czasowe. Takie tempo teoretycznie powinno nam pozwolić lepiej poznać bohaterów, ich motywacje oraz zrozumieć, jaką mają rolę do odegrania w historii. I tu pojawia się pierwszy problem, gdyż starania autora nie przynoszą rezultatu. Losy trójki bohaterów rozgrywają się powoli, bez widocznego celu, wiele scen nic nie znaczy dla fabuły. Do tego należy dodać papierowego złoczyńcę, mającego na celu bycie po prostu złym i zniszczenie wszystkiego, co staje mu na drodze do upragnionego celu. Wydaje się, że Frank Miller chciał przy pomocy Ronina odciąć się od pisanych przez siebie opowieści superhero, gdyby jednak, zamiast bohaterów Ronina podstawić inne postaci, na przykład z napisanego przez niego Daredevila, otrzymalibyśmy zbliżony efekt.

Najwięcej zastrzeżeń mam do rysunków zawartych w Roninie. Już te widoczne w ogólnie znanych dziełach Millera można określić jako charakterystyczne. Tutaj dostajemy pokaz jego wcześniejszego warsztatu, który na większości stron sprawia wrażenie chaosu, a kreska jest mocno dziwaczna. Wiele plansz jest nieczytelnych, czytelnik może mieć problem z odczytaniem intencji autora. Nie zmienia to faktu, że w Roninie znajduje się również kilkanaście przyzwoitych i ciekawie zaprojektowanych kadrów. Miks przejrzystego, i pełnego zamętu stylu mocno irytuje podczas lektury, sprawiając, że nawet najlepsze sceny akcji tracą na atrakcyjności.

Ronin Franka Millera nie jest dziełem, które można spokojnie polecić fanom komiksu. To relikt przeszłości, pokazujący ewolucję medium obrazkowego i rozwój warsztatu jednego z najbardziej znanych twórców opowieści obrazkowych. Pozycja ta zapewne sprawi się wyśmienicie jako przedmiot badań i analiz naukowców, a nie jako rozrywka „typowego pożeracza komiksów”, przy której można byłoby miło spędzić wieczór. Aby oddać sprawiedliwość Roninowi, są w nim kadry, mogące zostać określone wspaniałymi. Jest to niestety zdecydowanie za mało, aby komiks popularny na początku lat 80-tych, zrobił taką samą furorę w 2024 roku.

TECHNIKALIA:
Scenarzysta: Frank Miller
Ilustrator: Frank Miller
Tłumacz: Jarosław Grzędowicz, Marek Starosta
Typ oprawy: twarda
Wydawca: Egmont
EAN: 9788328171480
Liczba stron: 342
Wymiary: 17.0×26.0cm
Data premiery: 11 grudnia 2024 roku.
Dziękuję Wydawnictwu Story House Egmont za udostępnienie komiksu do recenzji. Jego przekazanie nie miało wpływu na moją opinię.

Jedna odpowiedź na “Ronin”